Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Firmowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Firmowo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 grudnia 2017
poniedziałek, 14 sierpnia 2017
Firmowo... To co po taki człowiek żyje?
Lepiej: Dzięki Bogu poniższa historia nie przydarzyła się mi.
Gorzej: Z pewnego źródła wiem, że się wydarzyła.
III
- Czy oskarżony chce złożyć oświadczenie?
- Chciało nam się pić. Skończyła się już wódka to z bratem pomyśleliśmy, że pójdziemy do sąsiada On i Ona byli zawsze w porządku i zawsze pożyczali parę złotych. Zastaliśmy tylko sąsiada. On otworzył drzwi, a brat zapytał: - Sąsiad pożycz 50 złotych, bo nas suszy!. - On odpowiedział coś w stylu: - Przepraszam chłopaki ale mam odłożone pieniądze na przedszkole dla córki, nie mogę wam pożyczyć. - No to się zdenerwowałem, bo nam się bardzo chciało pić, a On miał te pieniądze. Wróciliśmy z bratem do domu, zabraliśmy siekiery i wróciliśmy do sąsiada. Gdy otworzył drzwi uderzyłem go siekierą pierwszy raz, na początku bronił się i krzyczał do córek żeby uciekały, ale po kilku uderzeniach upadł na schody. Dziewczynki głośno krzyczały, to je też zarąbaliśmy siekierami. Potem przeszukaliśmy mieszkanie ale nie znaleźliśmy pieniędzy, za które chcieliśmy kupić wódkę. No to zabraliśmy samochód sąsiada i pojechaliśmy do lasu, gdzie spaliśmy auto, żeby Ona nie miała nawet samochodu.
- Czy oskarżony żałuje czynu?
- Nie!
- Co oskarżony zrobiłby gdyby na miejscu zastał także Ją.
- To samo, tylko byłoby przyjemniej...
...Operacyjny wypuszcza kółka dymu i gasi papierosa. - Ja byłem wtedy w prewencji, byłem w patrolu, jako pierwsi przyjechaliśmy na miejsce. Dla Niej wezwaliśmy pogotowie, gdy zobaczyła ciało męża wpadła w histerię, a gdy dostrzegła ciało starszej córki straciła przytomność... Zabezpieczyliśmy miejsce zdarzenia, do czasu przyjazdu kryminalnych, później przyjechał też Prokurator i Komendant. Gdy staliśmy na posterunku podszedł do nas ojciec tych braci i powiedział: Moi synowie palą jakieś ubrania w piwnicy, ja nie wiem co oni zrobili ale musicie to sprawdzić! - Operacyjny wkłada do ust drugiego papierosa i zapala go. - Zastaliśmy ich w piwnicy, palili poplamione krwią ubrania w piecu, a kiedy nas zobaczyli złapali za siekiery i ruszyli na nas. I wtedy z moim partnerem zrobiliśmy coś, czego będę żałował do końca życia. - Słyszę jak z trudem panuje nad głosem, a w oświetlone żarem papierosa oczy zaczynają błyszczeć od łez. - Wiesz, mieliśmy wszelkie podstawy, żeby zgodnie z przepisami użyć broni palnej i wyrwać te chwasty ale nie zrobiliśmy tego, zamiast zrobić to co powinniśmy obezwładniliśmy ich i zatrzymaliśmy... Tego będę żałował do końca mojego życia.
Epilog I
Starszy z braci odsiaduje karę dożywotniego pozbawienia wolności, a młodszy który wyraził skruchę 25 lat pozbawienia wolności. Ponadto w trakcie odbywania kary u starszego z braci stwierdzono guza mózgu. W ciągu miesiąca od postawienia diagnozy mężczyzna przeszedł zakończoną pomyślnie operację usunięcia nowotworu.
Epilog II
Ona dzięki pomocy przyjaciół wciąż jest wśród żywych. Bliscy obawiali się, żeby Ona nie odebrała sobie życia. Przez pierwszych kilkanaście miesięcy organizowali jest czas, Ona pracowała po 16 godzin dziennie, do domu wracała tylko na krótki przerywany koszmarami sen. Nie dawali jej chwili wytchnienie, chwili na myślenie. Czas podobno leczy rany, po kilku latach pozbierała się na tyle, by wyjść do ludzi. Obecnie pracuje na kasie w jednym z hipermarketów i tylko czasem w oczach pojawiają się jej łzy gdy w kolejce zobaczy jasnowłose dziewczynki.
Gorzej: Z pewnego źródła wiem, że się wydarzyła.
***
Wstęp
Wsi spokojna, wsi wesoła...
Historia jak z filmu. Ona i On poznają się na studiach, młodzi piękni i uzdolnieni. Po zakończeniu edukacji na uniwersytecie wracają na wieś, gdzie na ojcowiźnie zakładają rodzinę - podstawową i najstarszą komórkę społeczną. A ponieważ po owocach ich poznacie z miłości rodzą się dwie wspaniałe jasnowłose córki.
Na wsi nie było im łatwo, On pracował, Ona zajmowała się domem i dorabiała dorywczo, jednak wiązali koniec z końcem, a miłość triumfowała w chałupeczce niskiej. Ludzie lubili ich, Oni lubili ludzi.
To była sobota, On miał wolny weekend i został w domu z córkami, Ona korzystając z okazji poszła odwiedzić koleżanki...
I
Na początku myśleliśmy, że to wyjazd jakich wiele. Ot, płonący samochód w lesie. Pewnie znów ktoś zamiast zezłomować wrak, postawił spalić wysłużone auto. Dyżur był spokojny, więc nawet chętnie ubraliśmy mundury i wyjechaliśmy na akcję. Faktycznie, słup dymu był widziany z daleka. Kiedy dotarliśmy na miejsce w zasadzie nie było co gasić. Z auta został spalony wrak, sam wiesz jak szybko płoną samochody. Dla nas najważniejsze było to, że wewnątrz nie ujawniliśmy żadnego ciała. Dogasiliśmy co było do dogaszenia, zabezpieczyliśmy miejsce, żeby ogień nie przeniósł się na las. Kiedy akcja zbliżała się do końca, zadzwonił telefon, a obok przejechał radiowóz z włączonymi sygnałami dźwiękowymi i błyskowymi, gnali jakby ich diabeł gonił...
II
Kryminalni siadają przy stoliku. Dochodzeniowiec drżącymi dłońmi wyjmuje paczkę papierosów, częstuje mnie, odmawiam, kieruje paczkę w stronę Operacyjnego, ten wyciąga dwie fajki, jedną wkłada w usta, a drugą obraca w palcach. Wstrzymuje oddech i po kilku próbach udaje mu się skrzesać ogień i odpalić fajkę, zaciąga się, a żar na chwilę oświetla ciemny pokój.
- Wiesz, mimo że od tamtego zdarzenia minęło już kilka lat wciąż mam to przed oczami. Zabawne, człowiek nie pamięta co robił tydzień temu, a kiedy tylko zamknę oczy widzę to równie wyraźnie jak wtedy. - Zaciąga się dymem i milczy przez chwilę. - Byłem na dyżurce, kiedy Dyżurny odebrał telefon... - Zaczyna opowiadać i widzę, że z trudem panuje nad głosem. - Zadzwoniła Jej koleżanka, Ona stała trochę dalej i głośno płakała. Nie, nie płakała właściwie to wyła z rozpaczy jak dzikie zwierzę. Pierwszy raz słyszałem coś takiego. Dyżurnemu jakimś cudem udało się ustalić adres gdzie doszło do zdarzenia, wysłał tam patrol prewencji, a po chwili pojechaliśmy tam z technikiem...
Milczy chwilę, dopala papierosa i odpala od niego kolejną fajkę.
- Na miejscu czekali już chłopaki z prewencji i zespół pogotowania ratunkowego, który udzielał pomocy Jej. Jemu i córkom nie mogli już pomóc. Drzwi do domu były otwarte i nieuszkodzone. W wiatrołapie na ceramicznych płytkach wyraźnie widoczne były krwawe odbitki dwóch par dużych butów, część z nich rozmazała Ona i jej koleżanka po wejściu do domu. Dalej był salon połączony z kuchnią, krew była na podłodze, ścianach, a nawet na suficie. U stóp schodów prowadzących na piętro leżał On, a właściwie to co z niego zostało. Ciało zostało zmasakrowane, a wielokrotne uderzenia ostrym narzędziem niemal odłączyły ramiona i głowę od tułowia. Na półpiętrze leżało ciało dziewczynki, mogła mieć z pięć, może sześć lat, spod przeciętej skóry wystawały strzaskane żebra i rozłupana czaszka. Drugą z dziewczynek znaleźliśmy na piętrze, schowała się w swoim pokoju pod łóżkiem. Skłuli ją tam jak psa... Wewnątrz spędziliśmy z technikiem wiele godzin. Wiesz, trzeba było zrobić oględziny, zabezpieczyć ślady, wykonać dokumentację fotograficzną... - Głos mu zaczyna drżeć, milknie...
- Czy oskarżony chce złożyć oświadczenie?
- Chciało nam się pić. Skończyła się już wódka to z bratem pomyśleliśmy, że pójdziemy do sąsiada On i Ona byli zawsze w porządku i zawsze pożyczali parę złotych. Zastaliśmy tylko sąsiada. On otworzył drzwi, a brat zapytał: - Sąsiad pożycz 50 złotych, bo nas suszy!. - On odpowiedział coś w stylu: - Przepraszam chłopaki ale mam odłożone pieniądze na przedszkole dla córki, nie mogę wam pożyczyć. - No to się zdenerwowałem, bo nam się bardzo chciało pić, a On miał te pieniądze. Wróciliśmy z bratem do domu, zabraliśmy siekiery i wróciliśmy do sąsiada. Gdy otworzył drzwi uderzyłem go siekierą pierwszy raz, na początku bronił się i krzyczał do córek żeby uciekały, ale po kilku uderzeniach upadł na schody. Dziewczynki głośno krzyczały, to je też zarąbaliśmy siekierami. Potem przeszukaliśmy mieszkanie ale nie znaleźliśmy pieniędzy, za które chcieliśmy kupić wódkę. No to zabraliśmy samochód sąsiada i pojechaliśmy do lasu, gdzie spaliśmy auto, żeby Ona nie miała nawet samochodu.
- Czy oskarżony żałuje czynu?
- Nie!
- Co oskarżony zrobiłby gdyby na miejscu zastał także Ją.
- To samo, tylko byłoby przyjemniej...
IIII
Epilog I
Starszy z braci odsiaduje karę dożywotniego pozbawienia wolności, a młodszy który wyraził skruchę 25 lat pozbawienia wolności. Ponadto w trakcie odbywania kary u starszego z braci stwierdzono guza mózgu. W ciągu miesiąca od postawienia diagnozy mężczyzna przeszedł zakończoną pomyślnie operację usunięcia nowotworu.
Epilog II
Ona dzięki pomocy przyjaciół wciąż jest wśród żywych. Bliscy obawiali się, żeby Ona nie odebrała sobie życia. Przez pierwszych kilkanaście miesięcy organizowali jest czas, Ona pracowała po 16 godzin dziennie, do domu wracała tylko na krótki przerywany koszmarami sen. Nie dawali jej chwili wytchnienie, chwili na myślenie. Czas podobno leczy rany, po kilku latach pozbierała się na tyle, by wyjść do ludzi. Obecnie pracuje na kasie w jednym z hipermarketów i tylko czasem w oczach pojawiają się jej łzy gdy w kolejce zobaczy jasnowłose dziewczynki.
Autor:
quidamcorvus
o
08:30
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Firmowo
sobota, 1 kwietnia 2017
Firmowo... Mocarz, czyli tylko w dżemie siła drzemie.
Szanowne państwo-draństwo wybaczy ale dziś nie będzie żadnego żartu na DansE MacabrE na miarę prima aprilisowego wpisu sprzed roku, choć prima aprilis też się pojawi.
Noc, kolejne wezwanie do młodzieży zatrutej dopalaczami.
Przyjeżdżamy na miejsce, secesyjna kamienica w nienajgorszej części miasta. Drzwi do klatki schodowej wyrwane leżą na chodniku, wewnątrz zastajemy pierwszego z imprezowiczów. Młodzieniec lat dwudziestu kilku, ubrany w niemal kompletny drogi garnitur i markowe skórzane buty, fryzura nieco zaniedbana, spojrzenie nieobecne.
Wspomniałem, że strój nie był kompletny? No tak, obywatelowi gdzieś zapodziały się spodnie od garnituru. Cóż zdarza się... W zakrapiane używkami weekendy dość często.
No więc stoimy przed schodami, na szczycie których młodzieniec, zresztą dość lichej postury mocuje się ze skrzydłem okna, ot taka rama szeroka na osiemdziesiąt a wysoka na sto pięćdziesiąt centymetrów wewnątrz podwójna szyba. Jegomość dość sprawnie wyrwał skrzydło okienne z zawiasów i energicznie położył na schodach, schody momentalnie zamieniły się w rzekę, a właściwie kaskadę szkła, na której obywatel zamierzał surfować. W ostatniej chwili udało nam się obezwładnić obywatela i schody nie zmieniły się w rzekę krwi.
Zresztą udało obezwładnić jest pewnym nadużyciem, z niemałym trudem zapakowaliśmy młodzieńca, który jako bokser mógłby startować co najwyżej w wadze lekko półśmiesznej do wezwanej wcześniej karetki, gdzie ratownicy próbowali bezskutecznie przypiąć go pasami do noszy. Po kilku nieudanych próbach i rzuconej spojrzeniem sugestii weszliśmy do karetki gdzie właściwie usiedliśmy na obywatelu, we czterech, mniej więcej czterysta kilo ludzi i sprzętu.
Mało... Młodzieniec, który mógł ważyć szóstą część z tego wstał wraz z nami i stwierdził, że ja studiuje prawo (przysięgam tak było!) i idę na dyskotekę, was też zapraszam. Nie skorzystaliśmy, choć nie powiem człowiek po takiej nocy trochę by odpoczął.
Pomógł nam lekarz, który w międzyczasie zaczął szprycować obywatela końskimi dawkami leków uspakajających. Czwarta lub piąta dawka pomogła.
Obywatel uspokojony i przypięty do noszy pędzi na sygnałach do szpitala. My usapani i spoceni wracamy do kamienicy. Jak się okazało impreza odbyła się w pięciopokojowym mieszkaniu, w którym była także sauna. Była to bardzo dobre określenie, zresztą odnoszące się do większość mebli i sprzętu agdrtv, które kiedyś było w mieszkaniu, w sumie to cały był tylko parkiet, a przynajmniej większa jego część. Reszta wyposażenia mieszkania została zniszczona, rozbita, połamana, zgnieciona i potłuczona z sauną włącznie - choć niekoniecznie w tej kolejności. A właśnie, w saunie znaleźliśmy kolejnego imprezowicza. Ten z kolei kłócił się ze sobą głosami pięciu osób: Chrystusa, Micka Jaggera, Nergala, Boba Marleya i (przysięgam tak było!) Andrzeja Leppera.
No i pojawił się problem. Brak wolnych zespołów ratownictwa medycznego. No to połataliśmy lekko pokaleczonego obywatela, który ani na chwilę nie przestawał mówić, i załadowaliśmy do radiowozu i w ślad za karetką do szpitala.
Jak się okazało, w mieszkaniu studenci prawa urządzili sobie imprezę w której udział mogło około dwudziestu pięciu osób, część z nich zażyła dopalacze, a część po gdy zauważyła co się dzieje przytomnie po trzeciej spierdoliła z ringu oddalając się w n/n kierunku. Przyszli panowie radcy, adwokaci, sędziowie i prokuratorzy, którzy pozostali na miejscu zdewastowali mieszkanie i poza w/w obywatelami oddalili się w ślad za tymi co wyszli wcześniej.
Na mieście odnaleźliśmy jeszcze kilku, w tym jedną dziewczynę. Raczej ładną i raczej z dobrego domu. Biegała nago po parkingu dla TIRów, próbowała wejść do kabin ciężarówek, rzucała się na stojących na zewnątrz kierowców krzycząc:
- To nie prima aprillis! To nie prima aprillis! Mam ochotę złapać syfilis!
To było lato 2015 roku, gdy ziemię śląską najechał i spustoszył Mocarz et consortes.
***
To było lato 2015 roku, gdy ziemię śląską najechał i spustoszył Mocarz et consortes.Noc, kolejne wezwanie do młodzieży zatrutej dopalaczami.
Przyjeżdżamy na miejsce, secesyjna kamienica w nienajgorszej części miasta. Drzwi do klatki schodowej wyrwane leżą na chodniku, wewnątrz zastajemy pierwszego z imprezowiczów. Młodzieniec lat dwudziestu kilku, ubrany w niemal kompletny drogi garnitur i markowe skórzane buty, fryzura nieco zaniedbana, spojrzenie nieobecne.
Wspomniałem, że strój nie był kompletny? No tak, obywatelowi gdzieś zapodziały się spodnie od garnituru. Cóż zdarza się... W zakrapiane używkami weekendy dość często.
No więc stoimy przed schodami, na szczycie których młodzieniec, zresztą dość lichej postury mocuje się ze skrzydłem okna, ot taka rama szeroka na osiemdziesiąt a wysoka na sto pięćdziesiąt centymetrów wewnątrz podwójna szyba. Jegomość dość sprawnie wyrwał skrzydło okienne z zawiasów i energicznie położył na schodach, schody momentalnie zamieniły się w rzekę, a właściwie kaskadę szkła, na której obywatel zamierzał surfować. W ostatniej chwili udało nam się obezwładnić obywatela i schody nie zmieniły się w rzekę krwi.
Zresztą udało obezwładnić jest pewnym nadużyciem, z niemałym trudem zapakowaliśmy młodzieńca, który jako bokser mógłby startować co najwyżej w wadze lekko półśmiesznej do wezwanej wcześniej karetki, gdzie ratownicy próbowali bezskutecznie przypiąć go pasami do noszy. Po kilku nieudanych próbach i rzuconej spojrzeniem sugestii weszliśmy do karetki gdzie właściwie usiedliśmy na obywatelu, we czterech, mniej więcej czterysta kilo ludzi i sprzętu.
Mało... Młodzieniec, który mógł ważyć szóstą część z tego wstał wraz z nami i stwierdził, że ja studiuje prawo (przysięgam tak było!) i idę na dyskotekę, was też zapraszam. Nie skorzystaliśmy, choć nie powiem człowiek po takiej nocy trochę by odpoczął.
Pomógł nam lekarz, który w międzyczasie zaczął szprycować obywatela końskimi dawkami leków uspakajających. Czwarta lub piąta dawka pomogła.
Obywatel uspokojony i przypięty do noszy pędzi na sygnałach do szpitala. My usapani i spoceni wracamy do kamienicy. Jak się okazało impreza odbyła się w pięciopokojowym mieszkaniu, w którym była także sauna. Była to bardzo dobre określenie, zresztą odnoszące się do większość mebli i sprzętu agdrtv, które kiedyś było w mieszkaniu, w sumie to cały był tylko parkiet, a przynajmniej większa jego część. Reszta wyposażenia mieszkania została zniszczona, rozbita, połamana, zgnieciona i potłuczona z sauną włącznie - choć niekoniecznie w tej kolejności. A właśnie, w saunie znaleźliśmy kolejnego imprezowicza. Ten z kolei kłócił się ze sobą głosami pięciu osób: Chrystusa, Micka Jaggera, Nergala, Boba Marleya i (przysięgam tak było!) Andrzeja Leppera.
No i pojawił się problem. Brak wolnych zespołów ratownictwa medycznego. No to połataliśmy lekko pokaleczonego obywatela, który ani na chwilę nie przestawał mówić, i załadowaliśmy do radiowozu i w ślad za karetką do szpitala.
Jak się okazało, w mieszkaniu studenci prawa urządzili sobie imprezę w której udział mogło około dwudziestu pięciu osób, część z nich zażyła dopalacze, a część po gdy zauważyła co się dzieje przytomnie po trzeciej spierdoliła z ringu oddalając się w n/n kierunku. Przyszli panowie radcy, adwokaci, sędziowie i prokuratorzy, którzy pozostali na miejscu zdewastowali mieszkanie i poza w/w obywatelami oddalili się w ślad za tymi co wyszli wcześniej.
Na mieście odnaleźliśmy jeszcze kilku, w tym jedną dziewczynę. Raczej ładną i raczej z dobrego domu. Biegała nago po parkingu dla TIRów, próbowała wejść do kabin ciężarówek, rzucała się na stojących na zewnątrz kierowców krzycząc:
- To nie prima aprillis! To nie prima aprillis! Mam ochotę złapać syfilis!
To było lato 2015 roku, gdy ziemię śląską najechał i spustoszył Mocarz et consortes.
Autor:
quidamcorvus
o
19:00
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Firmowo
poniedziałek, 27 marca 2017
Firmowo... Azyl, czyli trzech nieżywych walczy o życie.
Nocna służba kilka lat temu. Późna zima albo wczesna wiosna.
Zimno, późno i pusto. Za oknem radiowozu tylko porywisty wiatr gania śmieci po dziurawym asfalcie.
Kilometry mijają leniwie, a na drodze nie ma żywej duszy. No to zatrzymuję radiowóz w miejscu bezpiecznym, tak by paliwa kupionego za pieniądze podatników nie marnować bezproduktywnie i obserwuje z dysponentem okolicę, bo akurat na tej ulicy amatorzy cudzej własności lubią robić sobie promocje w kioskach, uwalniając sklepowe półki od ciężaru papierosów.
...ale tylko ten wiatr gania te śmieci w te i nazad, w te i nazad. Nawet radiostacja milczy...
Po kilku długich minutach ciszę przerywa odgłos kroków i coraz głośniejszy świszczący oddech. Hałas po chwili przybiera postać zniszczonego życiem, zgarbionego człowieka. Mężczyzna na widok radiowozu przyspiesza kroku, zbliżając się szybko do samochodu.
- Przepraszam. - zaczyna rozmowę bez zbędnych ceregieli ale później już nie idzie mu tak łatwo. - Wy pewnie mi nie uwierzycie... Ale... Czy ja... Czy możecie mnie zamknąć w radiowozie?
- Po co? - pytam spokojnie, w końcu już nie raz słyszałem takie propozycje, inne zresztą też. - Radiowóz to nie taksówka, a na przyjemności trzeba sobie zasłużyć. W czym możemy pomóc?
- Ja... Yyy... Goni mnie trzech mężczyzn... - facet podnosi głowę, którą miał do tej pory opuszczoną i patrzy na mnie tymi swoimi oczami zaszczutego psa. W życiu nie widziałem tyle strachu i przerażenia w oczach jednego człowieka. - Wy ich nie zobaczycie... Ja wiem, że... Yyy... Oni nie mogą wejść do radiowozu. W środku będę przez chwilę bezpieczny. Oni cały czas do mnie mówią, chcą zabrać mi ciało...
Szybka kontrola osobista pod kątem niebezpiecznych narzędzi i wpuszczam gościa na tylną kanapę limuzyny.
- Stoją na zewnątrz? - pytam spokojnie.
- Stoją. - odpowiada ale jakby z ulgą.
- Nie wejdą do środka?
- Nie mogą. Nie mogą wejść do radiowozu i do karetki.
- Pojedziesz do szpitala?
- Pojadę. - odpowiada. - Ja wiem, że jestem chory. Ja wiem, że potrzebuję pomocy i leków. Ale oni stoją na zewnątrz i są tak samo prawdziwi jak Wy. Tylko oni nie żyją.
Sięgam po radiostację i wzywam pogotowie. A było tak spokojnie.
Autor:
quidamcorvus
o
18:00
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Firmowo
czwartek, 5 listopada 2015
Zipp, kanał i Decepticony
- Boisz się czegoś, że chodzisz po garażu z bronią?
- Tak - odparłem - Decepticonów.
Zaśmiała się. Ja się zaśmiałem. Skuter się zaśmiał.
Zastrzeliłem skuter. To był dobry dzień.
Autor:
quidamcorvus
o
23:17
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Firmowo
środa, 3 czerwca 2015
Szklana pułapka
Hipertermia – stan podwyższonej temperatury ciała spowodowany czynnikami zewnętrznymi (jak np słońce, gorąca kąpiel) lub wewnętrznymi (nadprodukcja i zaburzone oddawanie ciepła), który wymaga podjęcia kroków ochładzających organizm, w przeciwnym wypadku grozi uszkodzeniem mózgu lub nawet śmiercią. Hipertermia nie wynika z przestawienia centralnego ośrodka termoregulacji, dlatego należy ją różnicować z gorączką.
Szanowne państwo-draństwo wybaczy ale nie będę się zbytnio rozpisywał. Mam tylko dwie prośby.
- Pierwsza nie zostawiajcie dzieciaków samych w samochodzie gdy na dworze upał.
- Druga, jeśli zobaczycie dziecko zamknięte w samochodzie dzwońcie na 997 lub 112 albo sami je ratujcie.
Tyle.
Autor:
quidamcorvus
o
22:43
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Firmowo
środa, 1 kwietnia 2015
Co ma wisieć, nie utonie.
Samobójstwo (łac. suicidium, od sui caedere, „zabić się”) – celowe działanie mające na celu odebranie sobie życia.
- Wikipedia.
Nie żebym robił to po raz pierwszy, wcześniej zdarzało się już wiele razy.
Zwykle jednak dotyczyło dorosłych.
Dziś pierwszy raz informowałem matkę o samobójstwie jej 17 letniego syna.
I uwierzcie mi, nie ma dobrej metody.
Ot taka prima aprilisowa służba.
Autor:
quidamcorvus
o
22:58
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Firmowo
czwartek, 19 marca 2015
czwartek, 25 września 2014
Firmowo... Lina, krokiew i taboret.
...albo na rodzinie można polegać.
Jakiś czas temu. Noc z soboty na niedzielę, to i interwencji sporo. Ponadto w owym miesiącu tak się jakoś układało, że niemal na każdej służbie trafialiśmy na osoby z większymi lub mniejszymi problemami psychicznymi.
Wówczas było podobnie. Wezwanie do nieudanej próby samobójczej. Samo w sobie nic nadzwyczajnego. Dość często jeździmy do mniej lub bardziej udanych samobójów.
W całej interwencji najciekawsza była reakcja żony i córki na całe zdarzenie. Ale po kolei...
Na miejscu w rozmowie z żoną i córką delikwenta ustalamy co się stało i wychodzi, że...
Nietrzeźwy mąż i ojciec postanowił targnąć się na swoje życie. Powiadomiwszy o swym zamiarze trzeźwą część rodziny zabrał ze sobą kilkumetrową linkę i udał się na znajdujące się nad mieszkaniem poddasze.
Tam według słów kobiet mężczyzna z pomocą linki, krokwi i starego stołka usiłował wcielić słowo w życie. Niestety licho nie śpi. Czy to z powodu zamroczenia alkoholem czy w wyniku działania opatrzności nieszczęśnik nie potrafił odpowiednio wymierzyć długości linki i każdy z pół tuzina zeskoków z taboretu kończył się głośnym uderzeniem w podłogę, tudzież sufit pokoju w którym córka oglądała telewizję, przekleństwami i rumorem przewracanych mebli.
Po kolejnym nieudanej próbie. Kobieta oświadczyła, że zdenerwowała się w końcu hałasem wywoływanym przez ojca i koniec końców poszła na poddasze i zabrała mężczyźnie linkę. A gdy ojciec rozzłoszczony zaborem powroza zagroził skokiem z okna, które głośno hałasując zaczął nieudolnie otwierać niewiasta postanowiła zadzwoniła w końcu pod 112...
Cóż krew nie woda, a duch w narodzie nie ginie.
Jakiś czas temu. Noc z soboty na niedzielę, to i interwencji sporo. Ponadto w owym miesiącu tak się jakoś układało, że niemal na każdej służbie trafialiśmy na osoby z większymi lub mniejszymi problemami psychicznymi.
Wówczas było podobnie. Wezwanie do nieudanej próby samobójczej. Samo w sobie nic nadzwyczajnego. Dość często jeździmy do mniej lub bardziej udanych samobójów.
W całej interwencji najciekawsza była reakcja żony i córki na całe zdarzenie. Ale po kolei...
Na miejscu w rozmowie z żoną i córką delikwenta ustalamy co się stało i wychodzi, że...
Nietrzeźwy mąż i ojciec postanowił targnąć się na swoje życie. Powiadomiwszy o swym zamiarze trzeźwą część rodziny zabrał ze sobą kilkumetrową linkę i udał się na znajdujące się nad mieszkaniem poddasze.
Tam według słów kobiet mężczyzna z pomocą linki, krokwi i starego stołka usiłował wcielić słowo w życie. Niestety licho nie śpi. Czy to z powodu zamroczenia alkoholem czy w wyniku działania opatrzności nieszczęśnik nie potrafił odpowiednio wymierzyć długości linki i każdy z pół tuzina zeskoków z taboretu kończył się głośnym uderzeniem w podłogę, tudzież sufit pokoju w którym córka oglądała telewizję, przekleństwami i rumorem przewracanych mebli.
Po kolejnym nieudanej próbie. Kobieta oświadczyła, że zdenerwowała się w końcu hałasem wywoływanym przez ojca i koniec końców poszła na poddasze i zabrała mężczyźnie linkę. A gdy ojciec rozzłoszczony zaborem powroza zagroził skokiem z okna, które głośno hałasując zaczął nieudolnie otwierać niewiasta postanowiła zadzwoniła w końcu pod 112...
Cóż krew nie woda, a duch w narodzie nie ginie.
Autor:
quidamcorvus
o
23:30
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Firmowo
czwartek, 2 stycznia 2014
Firmowo... Sylwester.
Fakt, że o swojej służbie piszę rzadko wynika z dwóch faktów. Po pierwsze większość historii nie nadaje się do publicznej prezentacji, przynajmniej jeszcze nie teraz, a po drugie po niemal pięciu latach służby w patrolu już coraz mniej zdarzeń mnie dziwi, czasem jednak takie interwencje się zdarzają.
Możecie wierzyć lub nie ale podczas służby w ogniwie interwencyjnym człowiek zobaczy i doświadczy bardzo różnych sytuacji. Część z nich jest zabawna, część groźna ale zdecydowana większość sprawia, że traci się wiarę w człowieczeństwo i umacnia przekonanie, że głupota ludzka nie ma granic.
Może wiecie, może nie ale służę w dość specyficznym rejonie dużego śląskiego miasta, który jakiś czas temu władze miejskie postanowiły uczynić domem dla tych wszystkich, którzy nie radzą sobie z życiem, a czas spędzają głównie na piciu kiepskiej jakości alkoholu, kradzieżach, włamaniach i robieniu bliźniemu bardzo brzydkich i bolesnych rzeczy, głównie podczas starć pomiędzy pseudokibicami dwóch zwaśnionych klubów. I choć takich ludzi jest zdecydowanie mniej niż normalnych obywateli, to duże skoncentrowanie 'elementu' skutecznie zatruwa życie 'normalnej' społeczności.
Interwencji mamy sporo, powodem większości jest alkohol i przemoc. Sylwestrowa służba minęła pod znakiem tego pierwszego.
A, i żebyśmy się zrozumieli. Nie narzekam. I choć nie mogę napisać, że wiedziałem na co się piszę zostając policjantem, bo tego nikt nie wie to lubię swoją robotę. Różnica pomiędzy światem przeciętnego cywila którym przecież byłem jeszcze pięć lat temu, a światem z którym mam do czynienia w służbie jest ogromna i nie sposób jej opisać na łamach publicznego forum. Może kiedyś wam opowiem, jak spotkamy się przy wódce.
Wracając do tematu. Mimo wszystko to była całkiem spokojna 'sylwestrowa' nocka, przynajmniej w porównaniu do służby wigilijnej, gdzie po pasterce 'działo się' znacznie więcej. W czasie gdy w centrum ludzie bawili się na koncercie jednej z polskich gwiazd muzyki, my dostaliśmy wezwanie na jedno z większych osiedli - gdzie pijani rodzice mają opiekować się dziećmi. Cóż, bywa.
To nie była pierwsza taka interwencja w mojej historii. Nawet nie dziesiąta. Ale ta trwała najdłużej. Bo prawie 10 godzin. I tak zamiast skończyć o 6 rano, służbę zakończyłem grubo po godzinie 10.
Na miejscu faktycznie zastaliśmy pijanych rodziców i babcię. Najtrzeźwiejsza z całego towarzystwa była mamusia, miała 'jedynie' 3 promile i to ona otworzyła nam drzwi. Ojciec dzieci był tak nawalony, że nie udało się nam przeprowadzić na miejscu badania. Pomijam już warunki w jakich żyła dwójka dzieci ale syf jaki panował w mieszkaniu mógłby posłużyć jako inspiracja do zrobienia niejednej ruiny w Warheim FS. Może kiedyś zacznę robić zdjęcia 'melin' i wrzucać na bloga. To legalne?
Przez 6 godzin trwania interwencji trzeźwiejąca matka próbowała zorganizować kogoś trzeźwego, kto zaopiekowałby się dziećmi, to samo równolegle próbował zrobić dyżurny kontaktując się z odpowiednimi instytucjami. Niestety, przez 6 godzin matce nie udało się znaleźć żadnego trzeźwego członka rodziny, ani nawet bliższego lub dalszego znajomego. Podobnie dyżurny odbijał się od 'odpowiednich' instytucji. Cóż Sylwester, więc ...szczęśliwego Nowego Roku panie policjancie!
Za to kilkuletnie dzieci, po pierwszym szoku spowodowanym wizytą panów policjantów w końcu uspokoiły się i przyzwyczaiły do naszej obecności, na tyle że pijana matka ułożyła je do snu.
Koniec końców nad ranem udało się znaleźć trzeźwą kuzynkę, która wróciła z nocnej zmiany i zgodziła się zaopiekować dziećmi. A my zatrzymaliśmy rodziców, posiadających już zresztą bogatą kartotekę, pod zarzutem sprawowania opieki nad dziećmi w stanie po użyciu alkoholu.
Najzabawniejsze było jednak to, że nietrzeźwi rodzice, podobnie jak reszta nawalonej rodzinki, pretensje mieli nie do siebie, no bo przecież jest Sylwester i trzeba się nawalić, ale do sąsiadów którzy słysząc płacz dzieci i odgłosy libacji alkoholowej postanowili zadzwonić 'na psy'.
I na koniec rada. Naprawdę, jeśli kiedyś będziecie spożywać alkohol, który podobno jest dla ludzi, a w mieszkaniu wraz z wami będą dzieci, niech przynajmniej jedno z was będzie trzeźwe. To naprawdę zaoszczędzi dzieciom wiele stresu. Bo pijanych dorosłych nie jest mi żal. Ale dzieci nie są niczemu winne.
Możecie wierzyć lub nie ale podczas służby w ogniwie interwencyjnym człowiek zobaczy i doświadczy bardzo różnych sytuacji. Część z nich jest zabawna, część groźna ale zdecydowana większość sprawia, że traci się wiarę w człowieczeństwo i umacnia przekonanie, że głupota ludzka nie ma granic.
Może wiecie, może nie ale służę w dość specyficznym rejonie dużego śląskiego miasta, który jakiś czas temu władze miejskie postanowiły uczynić domem dla tych wszystkich, którzy nie radzą sobie z życiem, a czas spędzają głównie na piciu kiepskiej jakości alkoholu, kradzieżach, włamaniach i robieniu bliźniemu bardzo brzydkich i bolesnych rzeczy, głównie podczas starć pomiędzy pseudokibicami dwóch zwaśnionych klubów. I choć takich ludzi jest zdecydowanie mniej niż normalnych obywateli, to duże skoncentrowanie 'elementu' skutecznie zatruwa życie 'normalnej' społeczności.
Interwencji mamy sporo, powodem większości jest alkohol i przemoc. Sylwestrowa służba minęła pod znakiem tego pierwszego.
A, i żebyśmy się zrozumieli. Nie narzekam. I choć nie mogę napisać, że wiedziałem na co się piszę zostając policjantem, bo tego nikt nie wie to lubię swoją robotę. Różnica pomiędzy światem przeciętnego cywila którym przecież byłem jeszcze pięć lat temu, a światem z którym mam do czynienia w służbie jest ogromna i nie sposób jej opisać na łamach publicznego forum. Może kiedyś wam opowiem, jak spotkamy się przy wódce.
Wracając do tematu. Mimo wszystko to była całkiem spokojna 'sylwestrowa' nocka, przynajmniej w porównaniu do służby wigilijnej, gdzie po pasterce 'działo się' znacznie więcej. W czasie gdy w centrum ludzie bawili się na koncercie jednej z polskich gwiazd muzyki, my dostaliśmy wezwanie na jedno z większych osiedli - gdzie pijani rodzice mają opiekować się dziećmi. Cóż, bywa.
To nie była pierwsza taka interwencja w mojej historii. Nawet nie dziesiąta. Ale ta trwała najdłużej. Bo prawie 10 godzin. I tak zamiast skończyć o 6 rano, służbę zakończyłem grubo po godzinie 10.
Na miejscu faktycznie zastaliśmy pijanych rodziców i babcię. Najtrzeźwiejsza z całego towarzystwa była mamusia, miała 'jedynie' 3 promile i to ona otworzyła nam drzwi. Ojciec dzieci był tak nawalony, że nie udało się nam przeprowadzić na miejscu badania. Pomijam już warunki w jakich żyła dwójka dzieci ale syf jaki panował w mieszkaniu mógłby posłużyć jako inspiracja do zrobienia niejednej ruiny w Warheim FS. Może kiedyś zacznę robić zdjęcia 'melin' i wrzucać na bloga. To legalne?
Przez 6 godzin trwania interwencji trzeźwiejąca matka próbowała zorganizować kogoś trzeźwego, kto zaopiekowałby się dziećmi, to samo równolegle próbował zrobić dyżurny kontaktując się z odpowiednimi instytucjami. Niestety, przez 6 godzin matce nie udało się znaleźć żadnego trzeźwego członka rodziny, ani nawet bliższego lub dalszego znajomego. Podobnie dyżurny odbijał się od 'odpowiednich' instytucji. Cóż Sylwester, więc ...szczęśliwego Nowego Roku panie policjancie!
Za to kilkuletnie dzieci, po pierwszym szoku spowodowanym wizytą panów policjantów w końcu uspokoiły się i przyzwyczaiły do naszej obecności, na tyle że pijana matka ułożyła je do snu.
Koniec końców nad ranem udało się znaleźć trzeźwą kuzynkę, która wróciła z nocnej zmiany i zgodziła się zaopiekować dziećmi. A my zatrzymaliśmy rodziców, posiadających już zresztą bogatą kartotekę, pod zarzutem sprawowania opieki nad dziećmi w stanie po użyciu alkoholu.
Najzabawniejsze było jednak to, że nietrzeźwi rodzice, podobnie jak reszta nawalonej rodzinki, pretensje mieli nie do siebie, no bo przecież jest Sylwester i trzeba się nawalić, ale do sąsiadów którzy słysząc płacz dzieci i odgłosy libacji alkoholowej postanowili zadzwonić 'na psy'.
I na koniec rada. Naprawdę, jeśli kiedyś będziecie spożywać alkohol, który podobno jest dla ludzi, a w mieszkaniu wraz z wami będą dzieci, niech przynajmniej jedno z was będzie trzeźwe. To naprawdę zaoszczędzi dzieciom wiele stresu. Bo pijanych dorosłych nie jest mi żal. Ale dzieci nie są niczemu winne.
Autor:
quidamcorvus
o
04:15
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Firmowo
Subskrybuj:
Posty (Atom)



